2008/04/14

Te przeklęte dogrywki...

Na mecze piłki ręcznej chodzę blisko 30 lat, ale jeszcze nie zdarzyło mi się, żebym wychodził z hali o 22.30 (chyba, że był bankiet albo świętowanie mistrzostwa). A tak było w sobotę w Lubinie, gdzie w pierwszym meczu półfinału play off Interferie Zagłębie pokonało Vive Kielce po dwóch dogrywkach 43:39. Mecz trwał blisko dwie i pół godziny.

Było wszystko: piękne akcje i szkolne błędy, wspaniałe serie, a za moment głębokie kryzysy, świetny doping z obu stron (do Lubina dotarło kilkudziesięciu kibiców z Kielc, prezes klubu Bertus Servaas przyjechał mimo kontuzji kolana), szaleńcza radość Vive po golu Tomka Rosińskiego, a kilkadziesiąt sekund póniej konsternacja, gdy sędziowie (słusznie) zmienili decyzję i bramki nie uznali. Szkoda, że widowisko, które śmiało można by pokazać rozpieszczonym handballem na najwyższym poziomie kibicom w Niemczech czy Hiszpanii, oglądaliśmy w maleńkiej, szkolnej sali, gdzie kibice siedzą tuż przy bocznej linii, a w kolejce do kibelka stoi się 15 minut, bo są tylko dwa.
- To na pewno była świetna promocja piłki ręcznej. W zeszłym roku oglądałem z trybun finałowy mecz Zagłębie – Wisła Płock, kiedy były dwie dogrywki i nawet karne. Dzisiejsze widowisko było porównywalne – mówił zawodnik gospodarzy, Robert Kieliba.

Może mam sklerozę, ale nie przypominam sobie meczu z dogrywką czy dwoma, wygranego przez kielecką drużynę. Coś w tym jest, że z tej wielkiej próby nerwów i wytrzymałości fizycznej nasi zawodnicy zawsze wychodzą ze spuszczonymi głowami. Zawsze ostatnie akcje zespołu z Kielc są mniej dokładne, rzuty mniej precyzyjne, a co chyba najgorsze - trener rywala sprytniejszy.
Wszyscy, ja też, byli pod wrażeniem gry kielczan w ostatnich fragmentach normalnego czasu gry. Na nieco ponad półtorej minuty przed końcem przegrywali dwoma bramkami, a potrafili wyrównać. Ba, niewiele zabrakło, żeby gol Rosińskiego przyniósł pierwsze od czterech lat zwycięstwo w Lubinie. Zabrakło szczęścia, czy może ułamka sekundy, aby piłka wpadła do bramki na czas.
Można było wygrać w pierwszej dogrywce, była do tego okazja, niewykorzystana zemściła się w drugim „extra time”. – Przepraszam, ale jestem tak zdenerwowany, że nie mogę rozmawiać – mówił tuż po meczu Rosiński. I ja mu się nie dziwię. – Przegraliśmy wygrany mecz! – komentowali przed halą przybysze z Kielc.

Jedna rzecz mnie cieszy. Vive z sobotniego meczu, z ćwierćfinałowych spotkań z FocusParkiem, to już zupełnie inna drużyna niż ta, która jeszcze niedawno przegrywała dziewięcioma bramkami w Gdańsku, dwudziestoma w Chambery, zostawiała punkty gdzie się dało. Ten zespół krzepnie z meczu na mecz, niemal z akcji na akcję. Wiele jeszcze brakuje, żeby takie mecze jak w sobotę wygrywać cwaniactwem, ale widać postępującą dojrzałość. Mam nadzieję, że wystarczy jej, aby w środę wygrać z Zagłębiem w Kielcach, a potem w niedzielę w Lubinie.


Na zegarze 60:00, cieszy się drużyna, cieszymy się my, ale cieszymy się za wcześnie... (Fot. P. Papaj)

A tutaj coś na poprawienie humorów. W końcu mamy wiosnę...

Brak komentarzy: