2008/05/31

Liga Światowa piłki ręcznej



Piłka ręczna dorobiła się nie gorszej publiczności niż ta, która w katowickim Spodku dopinguje naszych siatkarzy w spotkaniach Ligi Światowej. Po meczu ze Szwecją zarówno trener Bogdan Wenta, jak Grzegorz Tkaczyk podkreślali, że przy takiej widowni w Polsce jeszcze nie grali.
Betonowy moloch wybudowany w latach 1911-13, wrocławska Hala Stulecia (dawniej Hala Ludowa), zaprojektowana przez znakomitego, niemieckiego architekta Maxa Berga, na zewnątrz wygląda dość kiepsko (i nic się pod tym względem raczej nie zmieni, bo obiekt ma status zabytku), wewnątrz jest trochę lepiej, ale w niczym nie przeszkadza to kibicom, którzy piją piwo w ogródkach, a potem krzyczą, śpiewają, tupią na trybunach. Tak trzymać!
Szkoda tylko, że z trybun oglądają turniej wszyscy trzej zawodnicy Vive Kielce. Patryk Kuchczyński, Mateusz Jachlewski i Daniel Żółtak.
Czekamy na mecz z Islandią, który rozpocznie się dziś o 20.15. Wygrana praktycznie daje naszym orłom awans do Pekinu.

Kibice w Hali Stulecia podczas meczu ze Szwecją w obiektywie Witolda Bakalarza.








2008/05/23

Fantomas Hiliuk, czyli vis a vis Trybuny Humorowej

Kilka lat temu znalazłem na którejś ze stron internetowych (nie pamiętam, czy na reczna.pl, czy na klubowej Vive), taką oto anonimową, satyryczną wizję tego, co działo się w starej hali przy Krakowskiej. Wtedy obśmiałem się po pachy, a do dziś jestem pod wrażeniem trudu, jaki zadał sobie ów tajemniczy autor, ale i pod wrażeniem celności niektórych spostrzeżeń. Stąd moje przypomnienie tego tekstu, który powstał około listopada 2003 roku. A może autor pokusi się o opisanie tego, co teraz dzieje się w Vive?

Kielce z punktu widzenia Kibica siedzącego vis a vis trybuny honorowej prezentują się następująco (nie mylić z: IMPONUJĄCO!)

Z lewej strony „Trybuna Ludu” - reprezentatywna grupa społeczności lokalnej z dominującą grupą młodych sympatycznych ludzi - uczących się bądź studiujących, kilka par – młodych, ale chyba jeszcze nie Młodych, oglądających w swoistym skupieniu zawody. Myślę, że ich opinie na temat naszego klubu są bardzo interesujące, skutecznie opierające się histerii czy teorii psychologii tłumu - opinie cechujące ludzi inteligentnych.

Są też przeciętniaki z nijakimi wyrazami twarzy, może trochę tępymi spojrzeniami, reagującymi na zmieniające się obrazy dzięki bardzo selektywnemu odbiorowi bodźców zewnętrznych, np. gwizdek końcowy sędziego. Przyszli, bo czują, że właściwie nic nie czują do tego, co się dzieje w ich mieście, a ich obojętność do wszystkiego jest wszystkim co czują. Tych jest najwięcej - w Moim Mieście też ... ale Trybuna Ludu jest luźna, to znaczy, że ci, którzy znaleźli w tym czasie inne, ważniejsze, imprezy (kulturalne też) już nie mówią, że w Kielcach dzieje się mało (patrz: NIC). Patrzę dalej - w prawo – „Loża Wasiaka”, na której wiezie się zdecydowane opinie i poglądy w jednorodnych kolorystycznie sekwencjach, a dotyczących 7, ...cyfry 7, ... a może numeru 7 ... Eksponowana i wożona z dumą po drogach i halach sportowych całej Polski, Najlepsza Regionalna Kapela Folklorystyczna Radka Wasiaka pod dyrekcją W.B. Dobosza budzi moje uznanie za determinację w walce oraz skutecznym zagłuszaniu różnych form dopingu na wszystkich parkietach (bez wyjątku!) z wyjątkiem tanecznych - chociaż nie jestem pewien... Bawią się w swoim charakterystycznym rytmie, rymując od czasu w przestrzeni - bardzo precyzyjne określenie - dając pozostałym delikatnie do zrozumienia, że brak na sobie stosownej kompozycji pasków na odpowiedniej tkaninie (przydzielana wg tajemniczego klucza) oznaczonej pewną liczbą skutkuje gorszą pozycją na hali.


Loża Wasiaka'2003. Z lewej strony Trybuna Ludu.
Fot. Dawid Łukasik "Echo Dnia"


TRYBUNA HUMOROWA

Centralnie, projektant hali (chyba) lub ktoś pozbawiony wyobraźni (patrz: projektant), wpakował Trybunę Humorową, która stanowi największą atrakcję dla wszystkich zwiedzających (odwiedzających) Halę przy Krakowskiej w Moim Mieście Kielcach. Wstęp mają tylko ci, którym przydzielono (wg innego ale również tajemniczego klucza) plastikowe gadżety, których (nie)oficjalny obieg (podczas meczy), wracają przed halę do nowych (czystych) rąk jak bumerang (dlatego maskotką jest Kangur) miał powodować otwieranie, na całym obiekcie, wszystkich drzwi przed właścicielem – wróć - okazicielem (czytaj: osoba mało lubiana przez ochronę i utrudniająca pracę wszystkich służb na hali, z weterynaryjnymi włącznie, której jedynym zadaniem jest utrudnianie pracy wszystkim włącznie z niepracującymi).

Patrzę i co widzę: Panowie W. Lubawski i W. Stępień - ten pierwszy zastąpił tego drugiego, co doprowadziło do nieoczekiwanej zmiany miejsc (nie mylić z: Czy leci z nami pilot?), która na hali skutkuje tym, że miejsce drugiego jest wyżej niż pierw-szego (patrz: Przepraszamy, to tylko awaria!) lub coś w rodzaju, że drugi, patrząc z góry, jest pierwszy - nie wiem ... oceńcie sami, bo być może zależy to od punktu widzenia. Ale mimo wszystko jest dobrym, że Prezydenci doceniają czyjąś pracę (do chwili publikacji dokładnie nie ustalono czyją) co już powinno stanowić wyraźny sygnał dla wszystkich, że ich obecność w tym miejscu i o tym samym czasie nie jest przypadkowa - z drugiej strony (czytaj: trybuna przeciwległa) nie wierzę w tak szczęśliwy zbieg z okolicznością. Bez względu jaki jest wasz punkt widzenia i jak to ocenicie (patrz: uchwała zarządu) to dla mieszkańców Mojego Miasta obecność na meczach Panów Prezydentów świadczy o randze wydarzenia. Oczywiście dostrzegam (byłbym chyba ślepy nie zauważając faceta o wzroście 2 metry i słusznej wadze) Prezesa Klubu B. Servaasa z córkami i żoną Beatą hm ...wielu z nas bardzo często zapomina o celu naszej wizyty na hali i rozpraszamy się oglądaniem meczu.
Słyszałem kilka opinii, że Prezes Servaas jest człowiekiem stanowczym i zdecydowanym (nie wiem czy na wszystko) ale dorzucę, że chyba nieśmiałym i zarazem łagodnym, potrafiącym pójść na dalekie ustępstwa i kompromisy, czego dał dowód na meczu z Fotexem. Po stwierdzeniu obecności na swoim miejscu nieznanego osobnika (mężczyzna, wiek 35-40 lat, włosy blond, krótkie zaczesane do góry, wzrost ok.175 cm, średniej budowy ciała - podejrzany porusza się po kraju pojazdem - osoby, które mogą udzielić jakichkolwiek informacji proszone są o kontakt z biurem Klubu), Prezes pośpiesznie oddalił się z miejsca zdarzenia w kierunku schodków, na których zajmując pozycję siedzącą śledził przebieg spotkania.


Trybuna Humorowa w (nie)pełnej krasie.
Fot. Dawid Łukasik "Echo Dnia"


FANTOMAS HILIUK

Na Trybunie Humorowej zasiada wielu oficjeli i gości zaproszonych w jednym rzędzie z tymi nie zaproszonymi, co absolutnie nie przeszkadza (wyłączając tych, których ktoś podsiadł) w dokuczaniu i budowaniu wrogiej atmosfery w stosunku do zawodników swojej drużyny. Polska gościnność jest niczym przy tej, którą forsujemy na Trybunie Humorowej w stosunku do drużyn przyjezdnych poprzez skuteczne odbieranie naszym chęci do gry. Co tam, humor i dobra zabawa udzielają się czasem i nam, po tej drugiej stronie (ciemnej), a że jest czarny, to co z tego, przecież to jest nasz Klub i możemy sobie zrobić z nim co chcemy - my kibice też ... Ale coraz częściej odnoszę wrażenie, że nie wszyscy mają takie poczucie humoru i jest ich coraz więcej wolących zostać domowymi smutasami.

Zmęczona jest już chyba też obsada ról głównych otrzymywaniem sprzecznych podpowiedzi z Trybuny Humorowej, pełniącej często funkcję budki suflera (ale gdzie tej naszej do tej prawdziwej grającej koncertowo), na temat składu, nowego ładu i porządku, ustawienia, taktyki, etyki etc. Podziwiam, w roli i charakteryzacji Fantomasa Jurija Hiliuka, obsadzonego przez I-ego reżysera na prawym rozegraniu. Mimo poddania surowej ocenie jego kunsztu i gry przez Krytyków Karykaturalnych zasiadających na Trybunie, to ten wspina się coraz wyżej nie patrząc - dosłownie - już na nic, zostawiając w osamotnieniu i durnowatym osłupieniu rechoczących do samych siebie (czytaj: nie między sobą) galaretowatych trefnisi z dworu, prosto z dworu lub ze zbyt szybkiego awansu społecznego do ELITY (uspokajam i przepraszam Janka Pietrzaka elity przez małą samogłoskę „e”) lokalnej (tu z kolei, ale bez jakiegokolwiek pociągu, uspokajam restauratorów, że nie chodzi tu o Wasze lokale, że niby tam u Was ktoś coś itd.- nie). Znany powszechnie Papkin, dla niektórych, jest poza zasięgiem intelektualnym (nawet w charakterze protoplasty).

PROFESOR KOŁO

Wracając do samego widowiska - Nestor R. Nowakowski w roli Kosy - mitycznej postaci, na której wzorują się współcześni, R. Wasiak, w roli Profesora Koło, poraża profesjonalizmem nie tylko na parkiecie, W. Zydroń - wcielający się w romantyczną postać Zygi, przystojnego i inteligentnego zarozumialca, który na oczach widza przechodzi radykalną metamorfozę w bohatera pozytywnego (uwaga, nie mylić z: pozytywistycznego), silnie (ostatnio zbyt silnie) uduchowiony F. Kliszczyk z ogromną charyzmą i charakterystyczną dla niego skromnością wciela się złożoną postać Radżiego - wielkiego wojownika i poszukiwacza prawdy, Piotrek Grabarczyk - wielka nadzieja i ogromny talent udowadnia, że obsadzenie go roli Grabara - inteligentnego wesołego chłopaka, ale już bardzo dojrzałego psychicznie, wchodzącego w dorosłe życie z dala od rodziny, który musi sam dokonywać trudnych wyborów, bajecznemu talentowi K. Bieleckiego reżyser powierza rolę Prima Baleriny, która zauracza baletowymi solówkami, a we wszystkich sekwencjach baśniowo-idyllowych towarzyszą mu uskrzydleni dwaj urokliwi Herubinowie, w których rolę wcielili się: znany wszystkim i szalenie popularny A. Bystram oraz debiutujący na naszych deskach P. Kuchczyński, bracia Jarek i Paweł Sieczka, mogący od dwóch sezonów znów grać przed własną publicznością, pokazują nam swoją klasę w trudnych rolach: Paweł grający Egzekutora, postać zimnego i bezwzględnego racjonalnego zawodowca, który zaskakuje cechami przepełnionymi ciepłem i wrażliwością i Jarek w roli Zimnego Franka - twardziela o duszy anioła, ale konsekwentnie przestrzegającego swoich rygorystycznych zasad, dla którego przyjaźń znaczy więcej niż wszystko, postać biegunowo różna od roli Pastora granego przez R. Bernackiego, który namawia do duchowej posługi i misji Janka - J. Tkaczyk, poszukującego swojej drogi, którą mógłby podążyć w czekające na niego życie, a w konsekwencji napotykającego na niej Tetela (P. Tetelewskiego), ucznia i przyjaciela A. Litowskiego w roli Saszy - mędrca i filozofa, którego wiedza i doświadczenie wprowadzają do widowiska dynamiczny spokój.

Całe widowisko wyreżyserowane perfekcyjnie przez D. Waszkiewicza, wybitnego wychowawcy i pedagoga, przy współpracy z II reżyserem A. Malinowskim, zdobywcy najwyższych nagród i wyróżnień jako aktor i reżyser.


ALEJA ZASŁUŻONYCH

Widowisko, które oglądamy wszyscy regularnie (prawie) co tydzień, na mnie za każdym razem robi ogromne wrażenie (mimo, że znam zakończenie), ale co stwierdziłem, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i to, że pomiędzy tamtą stroną a moją (czyli na środku) odbywa się ten sam spektakl to widzimy go zupełnie inaczej, z zupełnie innymi bohaterami, innym przebiegiem i zakończeniem - hm ... zastanawiające ale tak widzę z tej strony trybun (może i ciemnej) Moje Miasto Kielce i ich mieszkańców, którzy są Malutkimi, wielkimi indywidualnościami (nie wszyscy).
I jeszcze bardziej w prawo od Trybuny Humorowej Aleja Zasłużonych, widzę tu moich rówieśników, kibiców, którzy byli zawsze na tej hali i są na zawsze z tym Klubem. Są wyrobieni sportowo i ich wiedza jest ogromna - zawody czytają bezbłędnie - oni siadając w dowolnym miejscu i po dowolnej stronie, skomentują i ocenią obiektywnie to, co widzą - ale są też często niecierpliwi ... W Alei Zasłużonych siedzą dziś z żonami czy dziećmi dopingując inaczej niż kilka lat wcześniej, siedząc (czytaj: stojąc) bliżej ściany. Wrócą do domów analizują, komentują, przeklinają, wyzywają, śmieją się, tańczą i bawią się - przeżywają prawdziwe święto, jakim był mecz ich drużyny - rytm tygodniowy, obowiązki, praca, rodziny są delikatnie manipulowane i ustawiane pod rytm życia klubu. Nie stawiają chorych oczekiwań - zawody, w których uczestniczy ich Klub są chwilą prawdziwego relaksu i chwilą, która może trwać wieczność - ich najbliżsi muszą wpasować się w ich rytm - rytm pasji, jaką jest pił-ka ręczna. Aleja Zasłużonych jest zawsze prawie pełna i nie wybiera meczy, na które warto przyjść lub nie. Ligę Mistrzów znają i widzieli już ją na tej hali - poczekają do następnej, będą obserwować uważnie i oceniać możliwości - wierzą, że trafią kiedyś swoją „6” - ja też wierzę, a jeżeli ja się nie doczekam do zobliguję moje dzieci, żeby nie przegapiły momentu, którego pragnie Moje Miasto Kielce.

SEKATOR SZALIKOWCÓW

Ostatni sektor po tej stronie to Sekator Szalikowców z najlepszego w Polsce Klubu Kibica najlepszej drużyny KS Vive Kielce z Mojego Miasta. Na rekordowo małej powierzchni zgromadzone jest tyle zapału, entuzjazmu i energii, że można by nią obdzielić wszystkie hale w Polsce - no tak, ale po co? Ich gardła i struny głosowe, na początku nie rozumiały o co chodzi ich właścicielom, wytrenowane do funkcjonowania w ekstremalnych warunkach i przygotowane do morderczego wysiłku na każdym meczu i tak dają z siebie więcej niż wskazywałaby na to logika...


Na rekordowo małej powierzchni zgromadzone jest tyle zapału, entuzjazmu i energii...
Fot. Dawid Łukasik "Echo Dnia"


A oto ekipa tworząca wtedy widowiska wraz z oboma reżyserami.
Fot. Paweł Papaj

2008/05/01

...swego nie znacie

Z dużym zdziwieniem przyjąłem informację, że niespełna 19-letni wychowanek Vive Jakub Łucak, chłopak, który za kilka lat może być reprezentantem Polski, podpisał 3-letni kontrakt z Chrobrym Głogów. Ojciec zawodnika nie widział dla niego perspektyw w Vive. Łucak był jednym z najlepszych zawodników niedawnych finałów mistrzostw Polski juniorów. Jest zawodnikiem leworęcznym, a taki w piłce ręcznej to skarb.

Od trzech lat mówimy o wprowadzaniu młodzieży do pierwszego zespołu. Ale tylko mówimy” – autokrytycznie przyznał na czacie „Echa Dnia” prezes kieleckiego klubu, Bertus Servaas. Są oczywiście pozytywne przykłady – Paweł Podsiadło, Michał Chodara, Michał Bartczak... Ale na tym koniec. Paweł Gawęcki, jeden z najzdolniejszych środkowych rozgrywających młodego pokolenia w Polsce, w pierwszej drużynie zagrał może kilkanaście minut. Prawoskrzydłowy Wojciech Trojanowski – kilka. Podobnie Sebastian Smołuch. Najrozsądniej zrobił Przemysław Rosiak, który na początku sezonu przeniósł się do Miedzi Legnica. Raz lepiej, raz gorzej, ale grał i to najczęściej niemal po 60 minut. Tyle, że z wymienionych tylko Podsiadło i Gawęcki są kielczanami. Ten ostatni, jeśli od przyszłego sezonu nie zacznie grać na poważnie w ekstraklasie, w pierwszej lidze już się niczego nie nauczy.

Podczas niedawnego meczu Pucharu Polski pomiędzy drugą drużyną Vive a pierwszym zespołem Wisły Płock, siedziałem obok dyrektora sportowego płockiego klubu, świetnie znanego w Kielcach Marka Witkowskiego. – Macie fajny zespolik. A ilu w podstawowej siódemce jest chłopaków z Kielc? Jeden? – dziwił się Witkowski. – Ja też szukam po Polsce chłopaków, ale skupiam się na leworęcznych. Reszta ma być z Płocka – dodał. Kilka dni temu Wisła zdobyła mistrzostwo Polski juniorów młodszych na Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży, do której Vive nawet się nie zakwalifikowało.

Jakiś czas temu próbowałem sobie przypomnieć, ilu kielczan-piłkarzy ręcznych, grało w reprezentacji Polski seniorów. Podkreślam – kielczan, a nie tylko zawodników klubu z Kielc. Wypisałem sobie nazwiska kilkudziesięciu reprezentantów Polski z Korony, Iskry oraz Vive i podzieliłem ich na trzy kategorie. Jeśli o kimś zapomniałem, proszę o uzupełnienie.

1. Ci, którzy są z Kielc. W tej kategorii zmieściło się zaledwie kilka nazwisk: Zbigniew Tłuczyński, Andrzej Tłuczyński (wprawdzie kielczanie nie z urodzenia, ale zaczęli grać w piłkę ręczną w Kielcach), Krzysztof Latos, Jerzy Sowiński, Tomasz Paluch. To wszystko! Dodam, że karierę na Zachodzie zrobili tylko bracia Tłuczyńscy i to 20 lat temu. Do tej kategorii być może będzie można wkrótce dodać Podsiadłę, który jest w szerokiej kadrze Bogdana Wenty.

2. Ci, którzy nie pochodzą z Kielc, ale tutaj bardzo wiele albo praktycznie wszystkiego się nauczyli. Karol Bielecki (Sandomierz), Mariusz Jurasik (Żagań), Artur Lipka (Ostrowiec), Marek Przybylski (Końskie). Może jeszcze Wojciech Zydroń (Tarnów). Tu mamy dwóch wicemistrzów świata i być może przyszłych olimpijczyków, więc nie jest najgorzej. Obu wyszło na ludzi w dużej mierze dzięki osobistemu zaangażowaniu trenera Giennadija Kamielina, który albo wyciągnął delikwenta z trzeciej ligi (Jurasik) albo zostawał z nim po treningach i poświęcał swój czas na szkolenie indywidualne (Bielecki). Gdyby nie było wtedy w Kielcach Kamielina czy Marka Adamczaka, daję sobie rękę uciąć, że Bielecki i Jurasik nie graliby dzisiaj w Niemczech.

3. Ci spoza Kielc, którzy grali w reprezentacji, ale do naszego klubu przyszli już jako ukształtowani zawodnicy, a po sezonie, dwóch, czy trzech wyjechali. Kategoria najliczniejsza, mieszcząca kilkadziesiąt nazwisk, nie ma sensu wymieniać.

Jakie wnioski? Pierwszy to taki, że selekcja i szkolenie w Kielcach leżą i kwiczą, i to od wielu lat. Ostatni „prawdziwy kielczanin” zagrał w reprezentacji Polski seniorów, uwaga, 11 lat temu! (Tomek Paluch). Drugi – trenerom pierwszego zespołu brakuje odwagi, a może nie mają w tym interesu, żeby wprowadzać na boisko takich Gawęckich czy Trojanowskich. A może w tym, żeby rola małolatów w zespole ograniczała się do noszenia worka z piłkami, jest czyjś, partykularny interes?

Wiele talentów zostało zmarnowanych, wiele zmarnowało się „na własne życzenie”. Nie dziwiłbym się marności szkolenia, gdyby piłka ręczna w Kielcach miała w sportach zespołowych jakąś silną konkurencję, która podbierałaby jej sprawnych fizycznie czy wyrośniętych młodzieńców. Ale nie ma. Coś jest nie tak skoro, oprócz juniorów, którzy i tak osiągnęli w tym sezonie wynik ponad stan (szóste miejsce w mistrzostwach Polski), w kategoriach młodzieżowych Vive przegrywa konkurencję nawet w województwie – z Końskimi i Sandomierzem. Czy tam jest więcej uzdolnionej młodzieży? Przecież to miasta niemal 10-krotnie mniejsze od stolicy województwa, a kluby ledwo wiążą koniec z końcem.

I dlatego się dziwię, że Vive, prawdopodobnie bezpowrotnie, wypuszcza takiego zawodnika jak Łucak. I obawiam się, że to nie będzie ostatni taki przypadek. A dodam do tego, że Łucak nie został zabrany na wczorajszy mecz drugiej drużyny do Opola. To chyba „nagroda” za te kilka lat gry dla klubu i „zachęta”, aby po upłynięciu kontraktu w Głogowie wrócił do Kielc.

Aha, a w kadrze narodowej juniorów jest jeden zawodnik Vive – Krzysztof Szczecina. Z Łodzi.



Tomasz Paluch - ostatni kielczanin, który zagrał w kadrze seniorów. 11 lat temu...

Fot. Sławomir Stachura "Echo Dnia"

2008/04/23

Zdziwienie Zagłębia

Pan
Andrzej Kraśnicki
Prezes Zarządu
Związku Piłki Ręcznej w Polsce

Szanowny Panie Prezesie,

My, zawodnicy Interferie „Zagłębie” Lubin pragniemy wyrazić zdziwienie oraz niesmak po przeczytaniu otwartego listu zawodników Vive Kielce po meczu z dnia 16 kwietnia 2008 r. w którym obwiniają sędziów za swoją porażkę. Zdajemy sobie sprawę z goryczy, jaką zawodnicy kieleckiego zespołu musieli przełknąć, co jak widać przychodzi im z wielkim trudem. Mecze wygrywa się jednak na parkiecie, a nie tylko chęciami, których z pewnością im nie zabrakło. Tym razem jednak nie starczyło umiejętności, a żal oraz bezradność tych sportowców były powodem wystosowania listu do Pana Prezesa. Niestety tak już jest, gdy ktoś nie potrafi pokazać swojej wyższości podczas meczu, próbuje szukać usprawiedliwienia gdzie indziej. Chcielibyśmy jednak zaznaczyć, iż to my przez cały sezon byliśmy drużyną lepszą, prezentującą równy poziom. To my rundę zasadniczą skończyliśmy na pierwszym miejscu, w przeciwieństwie do naszych przeciwników, stale zajmujących miejsce w środku tabeli.
Doskonale pamiętamy przegrane z AZS AWFiS Gdańsk czy Techtransem Elbląg, czy to przypadek? W tegorocznej edycji rozgrywek play – off dwukrotnie pokazaliśmy, że jesteśmy lepszym zespołem wygrywając 2:0, czy to kolejny przypadek??
Chcielibyśmy zaznaczyć, iż na swoje zasłużone miejsce w finale pracowaliśmy bardzo ciężko. W sezonie 2007/2008 występowaliśmy również w Lidze Mistrzów. Częste mecze oraz dalekie wyjazdy nie przeszkodziły nam w zajmowaniu czołowego miejsca w ekstraklasie. Zdarzały nam się porażki, ale czy kiedykolwiek winą obarczaliśmy sędziów? Otóż nie! Porażki były dla nas kolejną motywacją do doskonalenia swoich umiejętności i wytężonego treningu. Podejście to, jak widzimy dało efekty i to my po raz kolejny wystąpimy w finale Mistrzostw Polski.
Takiej postawy życzymy również naszym kolegom z Kielc. Nie szukajcie wytłumaczenia w pracy sędziów. Niech ta porażka podziała na Was mobilizująco,co z pewnością przyniesie większe efekty, niż ciągłe narzekanie, czy też obarczanie innych osób za swe niepowodzenia. Po przegranych meczach bądźcie sportowcami i umiejcie wziąć winę na swoje barki a nie przypominajcie całej Polsce przysłowia o baletnicy, której ...
Ze swojej strony, w ramach pocieszenia, zobowiązujemy się w tym sezonie obronić tytuł Mistrza, aby porażka ta była mniej bolesną, poniesioną z najlepszą drużyną w Polsce.
Z poważaniem,
Zawodnicy Interferie Zagłębie Lubin

2008/04/19

Sędziowie - kielecka obsesja

Sędziowie, sędziowie sędziowie, sędziowie – to sprawcy wszystkich niepowodzeń piłkarzy ręcznych Vive w ostatnich latach.

Kiedyś mnie to denerwowało, potem śmieszyło, teraz wzbudza zażenowanie: zawodnik Vive (35 lat): - Gratuluję rywalom, ale sędziowie... Zawodnik Vive (30 lat): - Co powiem o meczu? Otóż sędziowie... – te słowa można ciągle usłyszeć jak mantrę. Niestety, ta śpiewka kieleckich zawodników (przynajmniej kilku), którzy w ostatnich latach przegrali niemal wszystko co było do przegrania i to bez względu na jakość sędziowania, pobrzmiewa od lat, podchwytywana przez kibiców, ale niestety również prowokowana przez niektórych działaczy klubu. Nieważne, że zespół oddał w meczu 40 nieskutecznych rzutów, nieważne, że zmarnował ileś tam 100-procentowych sytuacji, nieważne, że popełniał błędy techniczne, nieważne, że rywal był lepiej taktycznie i mentalnie przygotowany do meczu, że jego trener był cwańszy. Ważne, że sędziowie popełnili przeciwko nam 3 błędy. Żeby było jasne – nie mówię tylko o środowym meczu. I dodam, że widziałem kilkadziesiąt meczów, w których nasi zawodnicy zostali skrzywdzeni przez arbitrów o wiele bardziej, niź w środę.

Kielecka nagonka na sędziów, która przechodzi teraz przez wszystkie strony internetowe związane z piłką ręczną w formie wręcz histerycznej i chorobliwej (każdy, kto ośmieli się mieć inne zdanie i wskazuje na słabą grę zespołu jako główną przyczynę porażek, jest linczowany tak, jak nieomal zlinczowano w środę sędziów), a do której ja nie mam najmniejszego zamiaru się przyłączać, jeszcze zostaje podsycona listem, który zawodnicy Vive wysłali do prezesa Związku Piłki Ręcznej w Polsce, Andrzeja Kraśnickiego. Czytamy w nim, że drużyna czuje się oszukana. Rozmawiałem o tym meczu z kilkunastoma osobami, niewątpliwie znającymi się na piłce ręcznej i to nie tylko obiektywnymi, spoza Vive i Zagłębia, ale również z Kielc. Wszyscy, podkreślam WSZYSCY stwierdzili - błędy sędziów były, ale nie były one celowe, nikt nie został oszukany; i nie był to, jak piszą zawodnicy Vive, mecz równorzędnych zespołów - goście byli LEPSI.

Panowie zawodnicy, czy sędziowie nie pozwolili wam wygrać pierwszego meczu w Lubinie? Czy to sędziowie sprawili, że przez całą rundę zasadniczą pałętaliście się w środku tabeli? Czy to sędziowie są winni, że przegraliście dziewięcioma bramkami z broniącym się teraz przed spadkiem AZS AWFiS Gdańsk, że przegraliście u siebie z Techtransem Elbląg, który spada z ligi, że przegraliście dwudziestoma bramkami z Chambery? Itd... itp... W wielu punktach macie całkowitą rację. Ale czy napisalibyście pełne troski o jakość sędziowania pismo do prezesa związku, gdybyście awansowali do finału?

To jeden z tych momentów, kiedy absolutnie nie zgadzam się z prezesem Vive Bertusem Servaasem. Cenię jego szczerość, ale czasem mądrzej jest zacisnąć zęby i nic nie mówić. Uważam, że szukając usprawiedliwienia dla słabej gry a przede wszystkim braku wyników zespołu i obarczając winą sędziów, robi krzywdę zawodnikom. Tym młodym, jeszcze niezepsutym, którzy nie uczą się odpowiedzialności za to, co robią na boisku, bo cały czas ich błędy są usprawiedliwiane bardziej lub mniej wyimaginowaną stronniczością sędziów. A ci się mylą, bo tak jak zawodnicy, są tylko ludźmi. Skoro mamy słabą ligę i niewyszkolonych piłkarzy, to mamy również nieudolnych sędziów (nie wszystkich oczywiście).
Jako jeden z nielicznych klasę potrafił zachować trener Vive Aleksander Malinowski, który na konferencji prasowej nie szukał usprawiedliwienia w błędach sędziów, a w kiepskiej jakości gry swoich zawodników. A odpadnięcie z walki o finał było jego zdaniem przegraniem „wygranego” pierwszego meczu w Lubinie. Nic dodać, nic ująć.

Nie mówię, że panowie Stankiewicz i Kałużny z Opola sędziowali dobrze. Po prostu nie wytrzymali presji, nie udźwignęli ciężaru tego meczu, w kilku momentach podjęli złe decyzje, a akurat wypadło tak, że o dwa czy trzy razy więcej skrzywdzili gospodarzy. Bo o celową stronniczość ich nie posądzam.

Mamy pretensje, że do Kielc przysyłani są słabi sędziowie. Sprawdziłem – najlepsza polska para (na koncie finał olimpijski i nominacja do Pekinu) Marek Góralczyk/Mirosław Baum w ostatnich trzech sezonach sędziowała w Kielcach tylko raz – ponad dwa i pół roku temu, w wygranym przez Vive meczu z Wisłą Płock. Po tym spotkaniu prezes Servaas wysłał do związku pismo w którym napisał, że nie życzy sobie, aby ta para jeszcze kiedyś sędziowała w Kielcach. Więc mamy to, czego chcieliśmy. A może inni, dobrzy sędziowie unikają Kielc, bo nikt nie chce w trakcie i po meczu wysłuchiwać obraźliwych „wiązanek” ze strony nie tylko kibiców, ale i działaczy? Nikt nie chce ryzykować, że po meczu zostanie opluty i kopnięty (tak jak w środę sędziowie z Opola), a następnym razem ktoś wybije mu zęby i podpali samochód. A błędy w sędziowaniu piłki ręcznej były, są i będą. Nawet w meczach na mistrzostwach świata i Europy.

Kilka lat temu w Kielcach Vive grało z Wisłą Płock. W końcówce meczu, przy wyniku „na styku”, sędziowie podjęli kilka, delikatnie mówiąc, kontrowersyjnych decyzji. Kielczanie wygrali mecz. Tuż po jego zakończeniu podszedłem do prowadzącego wówczas płocczan Krzysztofa Kisiela. Poproszony o komentarz powiedział: - Porozmawiam za minutę. Kiedy ochłonął, powiedział: - Gdybym rozmawiał z panem przed chwilą, powiedziałbym wyłącznie o sędziach. A to nie oni byli sprawcami naszej przegranej, winna jest słaba gra moich graczy. A gdybym winę zwalił na sędziów, byłoby to niewychowawcze wobec młodych zawodników, którzy muszą się nauczyć grać i wygrywać również w sytuacjach, gdy sędziowie im przeszkadzają – zakończył Kisiel.
Od tego czasu Wisła zdobyła trzy tytuły mistrza Polski i ma szansę na czwarty. Vive żadnego. Wnioski proszę sobie wyciągnąć samemu.

Chętnie poznam opinie czytających bloga, bardzo proszę o wpisywanie komentarzy.

A żeby nie było już tak strasznie poważnie, to na koniec pokaz prawdziwego antysędziowania.

2008/04/14

Te przeklęte dogrywki...

Na mecze piłki ręcznej chodzę blisko 30 lat, ale jeszcze nie zdarzyło mi się, żebym wychodził z hali o 22.30 (chyba, że był bankiet albo świętowanie mistrzostwa). A tak było w sobotę w Lubinie, gdzie w pierwszym meczu półfinału play off Interferie Zagłębie pokonało Vive Kielce po dwóch dogrywkach 43:39. Mecz trwał blisko dwie i pół godziny.

Było wszystko: piękne akcje i szkolne błędy, wspaniałe serie, a za moment głębokie kryzysy, świetny doping z obu stron (do Lubina dotarło kilkudziesięciu kibiców z Kielc, prezes klubu Bertus Servaas przyjechał mimo kontuzji kolana), szaleńcza radość Vive po golu Tomka Rosińskiego, a kilkadziesiąt sekund póniej konsternacja, gdy sędziowie (słusznie) zmienili decyzję i bramki nie uznali. Szkoda, że widowisko, które śmiało można by pokazać rozpieszczonym handballem na najwyższym poziomie kibicom w Niemczech czy Hiszpanii, oglądaliśmy w maleńkiej, szkolnej sali, gdzie kibice siedzą tuż przy bocznej linii, a w kolejce do kibelka stoi się 15 minut, bo są tylko dwa.
- To na pewno była świetna promocja piłki ręcznej. W zeszłym roku oglądałem z trybun finałowy mecz Zagłębie – Wisła Płock, kiedy były dwie dogrywki i nawet karne. Dzisiejsze widowisko było porównywalne – mówił zawodnik gospodarzy, Robert Kieliba.

Może mam sklerozę, ale nie przypominam sobie meczu z dogrywką czy dwoma, wygranego przez kielecką drużynę. Coś w tym jest, że z tej wielkiej próby nerwów i wytrzymałości fizycznej nasi zawodnicy zawsze wychodzą ze spuszczonymi głowami. Zawsze ostatnie akcje zespołu z Kielc są mniej dokładne, rzuty mniej precyzyjne, a co chyba najgorsze - trener rywala sprytniejszy.
Wszyscy, ja też, byli pod wrażeniem gry kielczan w ostatnich fragmentach normalnego czasu gry. Na nieco ponad półtorej minuty przed końcem przegrywali dwoma bramkami, a potrafili wyrównać. Ba, niewiele zabrakło, żeby gol Rosińskiego przyniósł pierwsze od czterech lat zwycięstwo w Lubinie. Zabrakło szczęścia, czy może ułamka sekundy, aby piłka wpadła do bramki na czas.
Można było wygrać w pierwszej dogrywce, była do tego okazja, niewykorzystana zemściła się w drugim „extra time”. – Przepraszam, ale jestem tak zdenerwowany, że nie mogę rozmawiać – mówił tuż po meczu Rosiński. I ja mu się nie dziwię. – Przegraliśmy wygrany mecz! – komentowali przed halą przybysze z Kielc.

Jedna rzecz mnie cieszy. Vive z sobotniego meczu, z ćwierćfinałowych spotkań z FocusParkiem, to już zupełnie inna drużyna niż ta, która jeszcze niedawno przegrywała dziewięcioma bramkami w Gdańsku, dwudziestoma w Chambery, zostawiała punkty gdzie się dało. Ten zespół krzepnie z meczu na mecz, niemal z akcji na akcję. Wiele jeszcze brakuje, żeby takie mecze jak w sobotę wygrywać cwaniactwem, ale widać postępującą dojrzałość. Mam nadzieję, że wystarczy jej, aby w środę wygrać z Zagłębiem w Kielcach, a potem w niedzielę w Lubinie.


Na zegarze 60:00, cieszy się drużyna, cieszymy się my, ale cieszymy się za wcześnie... (Fot. P. Papaj)

A tutaj coś na poprawienie humorów. W końcu mamy wiosnę...

2008/04/12

Jedziemy do Lubina

Pogoda psia, do przejechania prawie 400 kilometrów w jedną stronę, ale co tam - jedziemy na mecz Vive do Lubina. Mam przeczucie, że dzisiaj powalczymy. Wprawdzie w Lubinie nie wygraliśmy od 4 lat, a w ogóle z Zagłębiem nie wygraliśmy od września 2005 roku (to było jeszcze w starej hali!), ale każda seria kiedyś się kończy lub jak pisał Edward Stachura "wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija".

Zapraszam na relację live do portalu www.echodnia.eu/vive. Startujemy o 19.45.

Do zespołu, po dwóch miesiącach przerwy spowodowanej kontuzją, wraca Patryk Kuchczyński, który podobno aż rwie się do gry.
Fot. S. Stachura "Echo Dnia"